Subaru Primal Quest 2003

Dzięki serwisowi http://www.napieraj.pl można sobie powspominać początki wyrypy…

Fajnie było.

To jeden z naszych najlepszych wyników i ogromny sukces – start z najlepszymi w:
„…Jednym z najtrudniejszych startów w karierze…”, „…Zawody uznać należy za jedną z największych rywalizacji sportowych w historii adventure racing…”.

Na początku roku 2003 Piotrek zaczął namawiać Speleo DEC na zawody w USA. Wyjazd tam zawsze traktowałem jako nieosiągalne marzenie. Po pierwsze finanse, a po drugie konkurencja: chciałoby się wygrywać… a tam na to nie mamy szans, na razie.

W lutym zostaliśmy wpisani na listę kilkuset zespołów chętnych do startu w Subaru Primal Quest. W marcu już wiedzieliśmy, że trzeba zbierać kapuchę i planować urlop, a ponad wszystko naprawdę poważnie zacząć trenować.
W maju Adrenalin Rush, a potem 3 miesiące ciężkiej walki na rolkach i w kajakach. To konkurencje dla nas technicznie trudne dlatego, że nikt z nas nie ma na tyle wolnego czasu, żeby jechać na trening w kajakach górskich, a rolki … jeździmy bo trzeba. Poza tym organizacja treningów na linach, w górach… i jeszcze do tego kompletowanie najlżejszego sprzętu i transportu, czyli sponsorów.
Udało się jednak niemal w ostatniej chwili zapiąć wszystko w wielkim worze (sponsorzy, treningi, support, organizacja, szpej…), tylko kilka spraw wystawało z tej dopiętej torby jak w źle spakowanym plecaku. Niemal w ostatniej chwili 3 osoby z naszego 4-osobowego supportu zrezygnowało z wyjazdu z różnych niezależnych powodów. Morale zespołu trochę przez to siadło, ale nie było odwrotu, za dużo czasu i pieniędzy zainwestowaliśmy, żeby tak łatwo rezygnować. Poza tym tak blisko do startu z najlepszymi zespołami na świecie – taka okazja trafia się niezwykle rzadko. Byliśmy naprawdę podekscytowani…
Kalafiornia przywitała nas raczej chłodno biorąc pod uwagę kiepską pogodę i koszmarnie drogie samochody w wypożyczalniach. Po 4-godzinnych targach udało nam się za średnią cenę wynegocjować dwutygodniowe wypożyczenia 11-osobowego vana. Zrobiliśmy krótki nocny rajd po ulicach San Francisco i mijając tramwaj targany na linach wjechaliśmy na słynny Golden Gate, ale nic nie widzieliśmy z powodu czarnej nocy i gęstej mgły. Nieważne – jedziemy nad Tahoe, a po drodze zaglądamy do przyjaciół Piotra i Asi – Micka i Leslie. Kilka godzin luksusu, przygotowanie wypożyczonego samochodu do naszych potrzeb, przepak (będzie ich jeszcze dużo) i nocą znowu ruszamy już bezpośrednio do Kings Beach na Północy Tahoe. Zmęczeni podróżą zajęliśmy całą podłogę w domku Szybkiej Paczki. Mateusz, Ada, Kuba, Paweł udostępnili nam cały salonik w domku tuż nad jeziorem. Gorąco namawialiśmy ich na suportowanie zdając sobie sprawę, że nie za bardzo mają czas gdyż mają swoje zajęcia.
3-go września we środę mieliśmy zaplanowaną kontrolę naszego sprzętu i umiejętności wspinaczkowych, survivalowych, kajakowych i teorii na white water. Wszystko zdaliśmy, nawet sznurki i nową dla nas technikę małpowania na 2 przyrządach poignee.
Wracając z testów wstąpiliśmy do Łukasza Wiśniewskiego „Wiśni” – może będzie miał chwilę wolnego i pomoże Dżoanie w supporcie. Dziwne bardzo, ale zgodził się z wielką chęcią – oby tylko jego szef dal mu parę dni wolnego!
Kuba Zwoliński niemalże w ostatniej chwili zdołał się tak zorganizować, że przez sobotę i niedzielę będzie nam pomagał – ma doświadczenie bo był już z nami w Szwecji na x-adventure.
Start w piątkowy rzęski ranek. Zastanawiamy się czy wciągać pianki – przecież będzie gorąco na jeziorze w ciągu dnia. Rozglądamy się wokół – ciekawe to całe towarzystwo ścigaczy z całego świata. Najwięcej oczywiście amerykanów, największe wrażenie robi na nas team No Boudaries z niewidomym napieraczem Erikiem Weihenmayerem w składzie, zdobywcą Korony Ziemi. To pierwszy start niewidomego w adventure racing. Szybka Paczka zagrzewa nas do boju bo wokół sami wyjadacze. Tuż obok Parallax, Seagate, GoLite, Subaru… prężą się i widać, że to mocarze. Plątamy się mało składnie, do startu 15 minut, no to jeszcze wspólna fotka i ostatnie poprawki w kajaku. Kanapka między nogi, flaszka wody, camelbak, batonik… 5 minut do startu – może warto się trochę rozruszać, rozgrzać…
Nagle starter prosi o przygotowanie się do startu – dwóch wsiada do kajaka, a dwóch na linię startu… Jak to, o co chodzi? „Płyniecie do kajaków wpław, tylko 300 metrów” – ktoś wytłumaczył. Asia i Remik wsiedli do tej ogromnej 4-osobowej łodzi. Wypchnąłem ich na jezioro i wróciłem na linię startu. Chwila ciszy ku pamięci poległych w Iraku, obok nasza znajoma z Quasar Lontra, Silvia Guimarães. W Chorwacji w zeszłym roku wygrała z nami, ale w zeszłorocznym SPQ zeszli z trasy, tutaj chce tylko ukończyć – „to będzie naprawdę sukces”, widać, że jest bardzo skoncentrowana, nie chce gadać, tak jak większość stojących obok atletów. Tylko z tyłu kilka żarcików, śmiech, z przodu zaś adrenalina kipi…
Woda była rześka, ale w kupie cieplej – teraz wiem jak wygląda start w triathlonie – niektórzy mieli kaski na głowach i to był dobry pomysł. Na plaży kogoś w biegu przewróciłem, niechcący (pałętał się pod nogami), za to w wodzie trzeba było mieć twarde łokcie, żeby zrobić sobie miejsce do wachlowania łapami.
Na 1 PC 25 miejsce – wygląda, że nieźle sobie radzimy w najsłabszej naszej dyscyplinie. Potem to już tylko koszmarnie ciężkie przebijanie się przez fale i wiatr kajakiem pełnym wody, która wlewała się do luków bagażowych. Bezsilność wobec sprzętu jest najgorsza więc z zazdrością patrzyliśmy na mijające nas dużo słabsze teamy. Inni chyba rezygnują z walki – proszą o pomoc motorówki ratownicze. My przecież nie odpuścimy. Później okazało się, że pomoc motorówki wcale nie wiązała się z dyskwalifikacją. Na 3 PC byliśmy dopiero na 70 miejscu – trochę straciłem wtedy wiarę w sukces, czyli czołową 20.
Na rolki wyjechaliśmy już o zmroku, a trasa była naprawdę trudna – kręta ze zjazdami. Końcówka zaś to około 6 km podjazd. Szczęśliwi zdjęliśmy rolki i szybko na wsiedliśmy na rowery, ale przed nami najdłuższy odcinek rowerowy – 175 km. W nocy na szutrowych drogach jechaliśmy głównie pod górę, zjazdy zaczęły się dopiero o świcie. Za dnia pokonywaliśmy drogi asfaltowe, na których Asia powoli przyzwyczajała się do prędkości – 70 km/h na zjazdach. Końcówka tego etapu to 20 km po wertepach i najdluzsze 3 km pchania i noszenia rowerów – ciągnęło się nieskończenie długo. Kilka zespołów wyprzedziło nas podczas pchania, ale tuż pod szczytem doszliśmy ich i zaczęliśmy ostatni zjazd na czele tej stawki.

Ponownie o zmroku dojechaliśmy do TA, który ustawiono w słynnym narciarskim centrum Kirkwood i niespodzianka … wyprzedziliśmy ponad 40 zespołów. Okrzyknięto nas rewelacją zawodów – miłe to, ale myślę na razie tylko o tym, aby dociągnąć do końca, na jak najwyższym miejscu. „Jak się nie chcesz ścigać to nie startuj”. Czasami jednak warto w ogóle ukończyć rajd. Długo odpoczywamy, ale na trasę pieszą ruszamy jeszcze jako 25 zespół. W nocy trochę błądzimy w poszukiwaniu jeziorka z PC, kilka zespołów nas dogania i razem z nimi szukamy PC. Nieznane przed nami gdyż mapy są bez poziomic. Po drodze spotykamy „Buff” ze ścisłej czołówki – tak jak my szukali drogi, a na mapie nic nie pasowało. Miotają się na przełęczy z kilkoma innymi zespołami, my już zatoczyliśmy koło… Wreszcie zdecydowaliśmy się walić jak się da – przed siebie, aby tylko nie stać w miejscu. Trochę pewnie nadrobiliśmy tym drogi i końcówkę szliśmy naprawdę dzikimi terenami, ale doszliśmy nie tracąc pozycji. Teraz to na co czekaliśmy – sekcja na orientację, mapy takie bardzo średnie… ale od czego jest Remik? Okazało się, że ten etap, z takimi mapami, to loteria, bardzo długa i uciążliwa. W przepięknym kanionie trochę się pogubiliśmy, Asia w międzyczasie wlazła wysoko na skałę, na której wcześniej byłem ja w poszukiwaniu PC i miała problem z zejściem na dół. Potem pamiętam tylko zejście karłowatymi krzakami do TA, zupełnie opadłem z sił, odzyskałem świadomość dopiero po 2 batonach.

Nasza pozycja to nadal około 20 miejsca, ale powoli pniemy się wyżej w klasyfikacji. Pełni animuszu ruszamy na rowery, którymi dojeżdżamy pod skałę Calaveras Dome, niesamowite wrażenie – oglądając ją od dołu można się przewrócić na plecy i wtedy dopiero zobaczyć szczyt. 90 metrów bez kontaktu ze skałą, a potem jeszcze 200 w pionie. Pierwsza wpięła się Asia, ale po 20 metrach siadła jej psycha i siła. Ewakuacja i 6 godzin kary. Tak czy inaczej byłem wdzięczny organizatorom za to, że każda z dyscyplin na rajdzie ma znaczenie i podczas każdej z nich można albo zyskać albo stracić i nikt nie pokona rajdu bez wrażeń sięgających granic wytrzymałości. 300 metrów wiszących lin zajęło mi i Piotrkowi 2:40, ale największy problem miałem z blokującym się shuntem założonym przez organizatorów na dodatkowej linie asekuracyjnej – podczas przepinek ciągle się plątał. Jeden z zawodników obok wisiał podobno już pół godziny, dopóki go nie wyplątałem ze sznurków.

Wyjście na szczyt Calaveras Dome to jakby wejść na Huascarana – walczysz, walczysz, a droga ciągnie się w nieskończoność. Za każdym załomem skalnym, za każdym pagórem widzisz kolejne kilometry grani. Zaczyna się to robić nudne – wreszcie koniec, ulga i radość z tego „małego” ukończenia. Trawersujemy na skałę obok – tam był prawie 200 zjazd. Dobrze, że byliśmy połączeni lonżą dla asekuracji bo Asia nie była w stanie udźwignąć liny, żeby zjechać. 200 metrów ważyło pewnie z 15 kg.
Ciągle fajnie, a nawet po tych 3 dniach robi się już normalnie – przyzwyczailiśmy się do rajdowania, nic nam za bardzo nie przeszkadza, jest miło, zimno, ciepło, noc, dzień – wszystko pędzi albo wlecze się w ślimaczym tempie, a nawet jak wolno to wydaje się szybko, a jak szybko to wydaje się za wolno. Powoli osiągamy to dobrze znane na rajdach uczucie, za którym tęskni się w biurze – wyzwolenie, myśli błądzą gdzieś w okolicach rodziny, ciepłego, wygodnego łóżka, czujemy obecność piątej osoby w zespole, skąd się tu wzięła …? Nikt już nam nie przeszkadza – inne teamy daleko z przodu albo z tyłu. Czasem, za jasności, można podziwiać przyrodę … znowu pędzimy na rowerach. I znowu na TA wieczorem. Dżoana straszy nas, że tu są jakieś krzaki, które mocno uczulają – musimy szczelnie się ubrać, a my jesteśmy bardzo nisko, blisko oceanu, jest gorąco…

Kolejny etap orienteeringu z jaskiniami. Mijamy wioskę Volcano – wygląda jak za czasów gorączki złota, drewniane sklepiki, ludzie ospali, ale ciekawi któż to idzie. Na PC przy pierwszej jaskini sędziowie jakby nie z tej planety, albo się nam już powoli mózgi lasuja. Ktoś gra, bardzo ładnie na fujarce, kadzidełko tli się u wlotu dziury, sędzina jakaś dziwna … zrobiliśmy co trzeba, punkt w jaskini znaleziony … „ta wasza dziewczyna zupełnie nie wygląda jak reszta zawodniczek – jest ładna…”. Dobra, dobra spadamy stąd bo zaraz nam palma kalafiornijska odpali.

Kilka punktów dosyć łatwych, jedna jaskinia z rzeka podziemną, jeden tunel jakby wykuty przez poszukiwaczy złota, okopy … ach przecież tu wszędzie szukali, zryli dokładnie każdą pędź ziemi w lesie i w polu, na którym stoi maszyna parowa i przywieszony na niej PC – nawet nie za bardzo zardzewiała, ale przecież tu bardzo, bardzo sucho. I tak snujemy się po tych złotych wzgórzach, szkoda, że nie za dnia – może jakaś bryłka cennego kruszcu…, a może lepiej w nocy – jest dużo chłodniej.
Teraz krótko ale treściwie na rowerach, które jak nowe przygotowane przez Wiśnie, jadą bez zarzutu, a przecież oddawałem zdezelowany, rozregulowany… Jakimś trafem, jedziemy niezłym wariantem – trochę się zagapiliśmy i minęliśmy skręt do miasteczka. . Jeszcze tylko przedrzeć się przez ulice i skrzyżowania z sygnalizacją świetlną, bo nie można wjeżdżać na autostradę … no i stało się, spadłem na kierownicę, chyba uszkodziłem żebro, żeby tylko nie złamane – do Chili Bar dojechałem, czili dam rade dalej. Doktor powiedział, że jest ok – może pęknięte.

A przed nami white water, trochę się boimy, ale najważniejsze, że nie czekamy, mamy cały dzień na wiosłowanie – no to hajda na … 35 km pięknej rzeki South Fork of American River, która pozwala jedynie na krótkie chwile wytchnienia, a rapidy są bardzo wymagające. Ale frajda – frajda bo się nauczyliśmy w Retendo kajakarstwa – kajakarstwo to kolejna dyscyplina, zupełnie mi obca, która robi na mnie duże wrażenie. Cieszę jak dziecko, Asia trochę przerażona, ale ufa mi bo na Dunajcu, na szkoleniu wszystko się udawało. Epizod white water z Adventure Trophy 2002, czyli 200 metrów rzeki to naprawdę pestka! South Fork of American River to 20 km white water, dużo trudniejsze niż przy szkole Retendo, z poważnymi rapidami. Dzieki Piotrek Sikora (Szkoła Retendo) za cenne wskazówki, szybki i skuteczny kurs kajakarstwa górskiego – polecam Was każdemu zainteresowanemu kajakarstwem!

Rzeka wpłynęła do Jeziora i czekało nas nudne wachlowanie, ale Remikowi nic nie grało w linii brzegowej, wiec zapytaliśmy samotnego żeglarza o co chodzi – ano chodzi o to, że poziom wody obniżył się o kilka metrów – szybka decyzja – przenoska, dużo zyskaliśmy. Znowu się ściemnia – to oznacza, że zbliżamy się do kolejnego TA.
To już 21 PC. Kolejny etap będzie bardzo ciężki, będzie 70 km piechotą, będzie bardzo gorąco i będą przeprawy przez rzeki. Przespaliśmy około 1,5 godziny – powinno wystarczyć. Ścieżka jest, wszystko gra, ale zaczynamy się snuć po lesie, trochę to niebezpieczne bo pod nami jakieś 50 metrów kamieni, a w dole huczy rzeka. Decydujemy, że musimy znowu pospać… i tak 3 razy (nawet pół godzinne drzemki to było za mało w końcu kładziemy się na małym skrawku pochyłej jednak polanki, zawijamy się w NRC na co najmniej 2 godziny – to wystarczyło, żeby porwać folie i zmarznąć, ale za to wstaliśmy naprawdę wyspani i chętni do walki bo na pewno kilka zespołów uciekło. Mało taktyczne i mało rozsądne zagranie, ale cóż uczymy się. Kosztem snu i ostrym napieraniem chcieliśmy odrobić stratę po kajakach ale niestety, długo się tak nie da.
Ten etap był przełomowy, tak naprawdę kto go pokonał to mógł myśleć, że rajd ukończy. Koszmarny upał w kotlinach doskwierał za dnia, nocą trupio zimno, kilka razy znużone, przegrzane stopy zanurzaliśmy w górskiej rzece, jak miło, ale potem znowu jak gorąco. Huśtawka nastrojów, to już 5 dzień rajdu, a my ciągle w drodze. O tej porze to najdłuższy rajd już dawno był zakończony, a tutaj przed nami kawał drogi i wiele niespodzianek.
Po drodze spotykamy Kathmandu, trochę markotni, zepsuł im się kapitan na rowerze. Na mnie patrzą jakby z wyrzutem, tamten połamał 3 żebra, a ja nie wiadomo nawet czy pęknięte (pęknięte, pęknięte na pewno). W zeszłym roku zajęli 2 miejsce na Southern Traverse, na Subaru liczyli na sukces, ale mieli pecha – nr 13 – od początku coś im nie podawało. Dla nich start w Subaru to jak dla sportowca start w Olimpiadzie, a dla kolarza start w Tour de France – słowa Marka Williamsona.
A nas powstrzymuje w pogoni za lepszym miejscem rzeka, cholera jaka zimna, a jaka szeroka, a jaka głęboka. Kathmandu doszli, coś marudzą, że niebezpiecznie… Jest bardzo niebezpiecznie – dzięki organizatorom za nakaz zabrania kapoków! Utrzymują nas na powierzchni, ale w razie wypadku, potknięcia, błędu spłynęlibyśmy 10 km do jeziora. Dobrze, że rozciągnięto liny. Czołowe zespoły jakoś przeszły, tyły miały problem gdyż rzeka mocno wezbrała. Kathmandu mieli rację – to było naprawdę niebezpieczne. Kate Callaghan z ich teamu stwierdza, że gdyby nie widziała, że Asia przeszła – ona odpuściłaby sprawę. Nastała noc i przestało być zabawnie – nie wiem jak poradziły sobie zespoły w nocy, my o zmroku z trudem przeszliśmy tę przeszkodę. Dobrze, że było ciepło i nie zmarzliśmy po wyjściu z lodowatej wody. Chyba już niedaleko do mety. Jeszcze tylko etap rowerowy, pieszy i ulubiony kajak po jeziorze. Po wyjściu z wody jeszcze długi odcinek na piechotę w pięknej scenerii oświetlonej księżycem doliny. Prawie jak za dnia, tylko to światło, podobne do tikki, ale tysiące razy mocniejsze – księżyc.
Tym razem już nawet najbardziej wytrwałe supporty nie mają siły oklaskiwać zespołów wchodzących na PC, tylko pojedyncze, jakby ukradkiem z namiotu brawa za wytrwałość. A nasz support Dżoana i Wiśnia w doskonałych nastrojach dogadzają nam jak mogą, pewnie widać po nas lekkie zmęczenie, ale oni mówią, że wyglądamy świetnie. I z takim obrazem własnej siły ruszamy na rowery – rzeczywiście łydka podaje – doganiamy nawet Salomon North America, mijamy i spokojnie dojeżdżamy do Loon Lake, gdzie porzucamy rowery i biegniemy! do kajaków żeby odbyć przy nich 6 godzin kary. Niesamowite, skąd ta energia, czyżby pachniało sianem, przepraszam pizzą na mecie. Mijamy kolejne zagubione, snujące się po lesie zespoły.
Dan Barger, Dyrektor Rajdu, zapowiadał, że chce pokazać nam najpiękniejsze zakątki Kalafiorni. Owszem było cudnie poznawać ten kraj w ten właśnie sposób. Coś mi jednak zniesmaczyło ten obraz – szliśmy najsłynniejszą w USA drogą „Rubicon” dla jeepów i innych tego typu 4×4 samochodów. Cała droga, czasami ścieżka, a czasami bezdroże, tylko skały i kamienie była zalana olejem silnikowym, który wyciekał z rozbitych na tej drodze misek olejowych… Koszmar.
Wreszcie upragniony „Penalty Box”, już się chcemy tam ładować, ale sędziowie zakazują – zmienili regulamin i wejście na karę jest możliwe dopiero po wizycie na TA. A my pierdoły wieźliśmy, potem nieśliśmy dodatkowe żarcie, śpiwór, ubrania… cholera by to wzięła. Jesteśmy jeszcze na 16 miejscu. Dżoana i Wiśnia jeszcze nie dojechali, jakiś obcy support zaczął nas karmić, dali nam pianki, dali wiosła, dali jeść na drogę… niesamowite. Wreszcie przyjeżdżają – zaskoczeni, że my już tutaj, i że zmiana regulaminu. Ten odcinek pokonaliśmy wyjątkowo szybko – 4 czas. Tak czy inaczej straciliśmy ponad dwie godziny czyli jedno miejsce.

Po odbyciu kary źli jak wszyscy diabli mielimy wiosłami Jezioro Tahoe jeszcze raz i docieramy o wschodzie słońca na metę. Jest tak pięknie, że nie widzę gdzie jest meta – słońce pali akurat tuż nad linią brzegową dokładnie z mety prosto w oczy. Ależ ulga – udało się, skończyliśmy – to dla nas coś więcej niż ukończenie rajdu. To była Olimpiada Rajdowa, Wielka Pętla 825 km wg obliczeń Remika! I znowu dzięki współpracy drużyny Speleo DEC, przez 166 godzin, zrealizowaliśmy plan – jesteśmy w 20.
Nasz czas na mecie to 166 godzin i 49 minut.

Wielki podziękowania dla naszych sponsorów:
http://www.dec.pl
http://www.prokajak.com
http://www.pacificaction.co.nz

Zespół Speleo DEC:
1. Joanna Klockowska
2. Piotr Kosmala
3. Artur Kurek
4. Remik Nowak

Support:
1. Joanna Kosmala – Dżoana
2. Kuba Zwoliński
3. Łukasz Wiśniewski – „Wiśnia”

Desert Cup Jordan Telecom 2001

KOLEJNE MIŁE WSPOMNIENIA: biegając w 2001 roku na treningi byłem jednym z kilku w Żyrardowie, którzy trochę truchtali… teraz widok biegacza nie dziwi – fajnie!
Moje pierwsze zawody biegowe – dzięki Stivi za pomysł i motywację.
Opublikowane dawno temu w sieci:
Dwaj Polacy – Artur Kurek i Stefan Stefański ukończyli w czołówce morderczy, 168 kilometrowy wyścig po Pustyni Arabskiej w Jordanii – Desert Cup Jordan Telecom, zajmując odpowiednio 9 i 12 miejsce.

Stefan pojechał w kwietniu na Maraton Piasków do Maroka, ja nie miałem pieniędzy na tak drogą imprezę, więc zostałem w domu. Postanowiłem jednak zebrać kasę na trudniejszy ponoć wyścig po pustyni – Desert Cup. Chodziłem do różnych ludzi i firm. Wreszcie udało się, ponad połowę kwoty dostałem od nich.

Obóz w Wadi Rum, fot. Stefan StefańskiPrzygotowania do startu rozpocząłem tak naprawdę dopiero po wpłacie wpisowego przez moich sponsorów: Polmos Żyrardów, Stabar Żyrardów, ASVA Stal Żyrardów i DEC Warszawa.

Wcześniej z formą nie było najgorzej – startowałem w rajdach przygodowych z zespołem Hellmann-Moritz Speleo, co mnie bardzo motywowało, więc podstawy miałem chyba mocne. Wiedziałem, że muszę biegać z workiem, po piachu i pod górę – w Polsce bardzo trudno o takie warunki. Namiastkę mam 6km od mieszkania w Żyrardowie, w Rezerwacie Krajobrazowym Wydmy Międzyborowskie. Trochę deprymował mnie śmiech przechodniów na ulicach, docinki moich kolegów i przyjaciół, psy, od których musiałem się oganiać podczas treningów oraz brak czasu na te treningi. Powtarzałem sobie wtedy w głowie: napieraj, jeszcze będą podziwiać i zazdrościć, albo zostaw ich, niech siedzą w swoich domach. Bardzo pomogły mi Edytka i Zosia dwie najważniejsze w moim życiu dziewczyny, które niemal bez sprzeciwu pozwalały na realizację mojego egoistycznego marzenia. W ramach przygotowań postanowiłem wystartować w X-Triathlonie w Bornem Sulinowie. Ale to było nieporozumienie – zupełnie nie byłem zmotywowany, myślałem właściwie tylko o pustyni.

3 listopada w sobotę, o świcie, wylądowaliśmy w Ammanie. Pierwsze kontakty z Arabami to kwestie cen za przejazd do miasta. Taxi okazało się bardzo drogie, wbrew informacjom z ambasady, więc postanowiliśmy pojechać autobusem. Poznaliśmy przewodnika, który z chęcią poinformował nas o lokalizacji ważnych punktów miasta. Po znalezieniu hotelu, poszliśmy zwiedzać Amman. Zabytki najprawdziwsze – widoczne ślady Rzymian: amfiteatr, miasto właśnie odkopywane na wzgórzu górującym nad miastem. Naprawdę warto zobaczyć. Ale najciekawsze było dopiero przed nami. Dużo odpoczywaliśmy, przeglądaliśmy sprzęt i obowiązkowe wyposażenie na wyścig. Cholera, sporo tego i dużo waży – około 5,5 kg, ledwo mieszczę to wszystko w worze.

Stefan (131) i Artur (150) tuż przed startem, fot. Stefan StefańskiW niedzielę, 4 listopada stawiliśmy się u organizatorów o ustalonej przez nich porze, w bardzo ekskluzywnym hotelu i czekaliśmy na transport, na miejsce startu. Przywieziono nas autokarem z Ammanu do Wadi Rum już po zmierzchu. Z trudem rozpoznaliśmy, że jesteśmy w szczerym polu (pustyni) wśród ogromnych, kilkusetmetrowych, bazaltowych, pionowych ścian, wystających niemalże prosto z piachu. Jeszcze kilka kilometrów jeepami po piachu i znaleźliśmy się w wiosce zbudowanej specjalnie z okazji Desert Cup Jordan Telekom 2001.

Byłem nieco zagubiony na środku pustyni z plecakiem, butelką wody i kilkoma równie zaskoczonymi Francuzami z… walizkami na kółkach. W kilka minut wszyscy rozeszli się do oryginalnych namiotów nomadów, zbudowanych z wełnianych kocy i drewnianych kołków. Stefan, dowieziony innym jeepem, pojawił się po kilku chwilach. Mój pierwszy raz na pustyni: piasek jest czerwony, sypki. Jak po tym biegać!? Późnym wieczorem pierwsze wspólne spotkanie przy obfitującej przede wszystkim w mięso kolacji (podobne posiłki były do końca zawodów). Najważniejsze, że bardzo smacznie dają jeść.

W poniedziałek (5 listopada) po przebudzeniu przetarłem oczy raczej ze zdumienia niż zaspania: wokół czerwony piach, organizatorzy słusznie przestrzegali, że niczym się nie będzie różnił od tego leżącego na plaży, i czerwone ogromne skały aż po horyzont – tam gdzie chyba będziemy niedługo biegli. Śniadanie, odpoczynek, przydziałowa woda, odpoczynek, weryfikacja sprzętu i wyposażenia każdego zawodnika, znowu odpoczynek, lekki trening ze Stefanem, briefing, przebieżka – oj, będzie ciężko biec po tym cholernym piachu.

Każdy z zawodników musi mieć śpiwór, sweter, ortalion, pompkę do… odsysania jadu żmii, kompas, gwizdek, litr wody, 2000kcal i to co będzie jadł przez cały wyścig – w sumie około sześciokilogramowy plecak. Wszystko dokładnie sprawdzane przez organizatorów. Oddajemy zbędne rzeczy do transportu na metę i zostajemy na noc z tym, co będziemy dźwigali podczas wyścigu. Wieczorem w namiocie trochę śmiechów – chichów, a mnie przeraża to co przede mną – 168km pustyni i gór non-stop, pierwszy raz taki dystans, pierwszy raz na pustyni.

Stefan odpoczywa na jednym z punktów kontrolnych, fot. Stefan StefańskiWtorek, 6 listopada, własne śniadanie, kilka słów na wiatr od Patricka Bauera – szefa Rajdu i… chyba się zaczyna. 8:37. No to napierać, życzę Stiviemu powodzenia i nie chcę stracić go z oczu aż do mety – wtedy się uda.

Od samego początku było ciężko, jak nigdy. Nie oglądałem się długo, chciałem tylko gonić najlepszych. Sporo ich tam biegnie – muszę się ich trzymać, myślałem. Na szczęście czołówka szybko się wykruszyła i… wielkie nieba, przede mną tylko 3 zawodników i to bardzo blisko – około 150 metrów. I tak po piachu, z worem, czasami lekko pod górę – i bardzo rzadko lekko w dół długo, długo. Gdy zacząłem marzyć o zwycięstwie szybko przywrócono mnie na pustynię i na sypki piach, dogonił mnie Stivi – po 35km mieliśmy już 30 minut straty do późniejszego zwycięzcy Włocha Marco Olmo. Skąd Stivi ma siły, żeby jeszcze biec? Nie odpuszczałem – Stefan jest doświadczonym biegaczem i trzeba to wykorzystać.

„Trzeba biec dopóki twardo” – mówił, a ja myślałem, że chyba mózg się mu przegrzał – gdzie tu twardo?! Kilka kilometrów parliśmy razem, ale podczas takiego wyścigu każdy musi indywidualnie regulować tempo, odpoczynki i całą taktykę. Stivi chyba został trochę z tyłu. Biegłem tak dopóki starczyło sił, około siedemdziesiątego kilometra zacząłem odczuwać ból kolana, na szczęście mogłem szybko iść, więc parłem do przodu – to zawsze najlepsza taktyka.

Dogonił mnie Ironman, tak nazwaliśmy sympatycznego Niemca z racji ukończenia przez niego wyścigu „Ironman”, który jeździł na rowerze w kadrze narodowej.

Pół nocy szedłem sam, nie widziałem nikogo z przodu, z lękiem oglądałem się czy mnie ktoś goni. Gdy gdzieś w środku pustyni na Punkcie Kontrolnym spokojnie uzupełniałem camel-bag wodą z minerałami, nagle przybiegło czterech i pobiegło czterech – byłem ósmy. Później było milej, gdyż towarzyszył mi księżyc, mogłem rozejrzeć się wkoło i stwierdzić, że na pustyni nie jest tak bardzo pusto. Uprawiałem slalom między suchymi krzakami i niewielkimi wydmami, aby jak najmniej podchodzić. Wreszcie 104km, a to oznacza koniec piachu według Książki Rajdu, ale zaczynają się góry. Lubię góry, może kogoś dogonię – pomyślałem z nadzieją. Po kilku krokach wiedziałem, że nikogo nie dogonię, bo nie mogłem już biec. Pod górę, jak zawsze mogę napierać, ale słabe nogi i kolana nie pozwalają na zbyt wiele w górach i zejścia okazały się koszmarem.
Artur tuż przed metą w Petrze, fot. Stefan Stefański
Mijając przydrożne wioski pomyślałem, że przydało mi się doświadczenie w odganianiu psów, zdobyte podczas treningów, niosłem dodatkowy ciężar – dwa kamienie, którymi rzucałem w te najbardziej zajadłe i podchodzące najbliżej. Później Stivi śmiał się, że rozzłościłem psy, które potem bardzo go atakowały.

Nużące kilometry, bolące nogi. Czułem każdy mięsień i każdy kamień, na który stawałem. Dopiero w górach, tuż przed świtem, na 147km dogonił mnie biegnący Francuz – byłem pełen podziwu, ale spadłem na 9 pozycję, którą postanowiłem utrzymać za wszelką cenę. Udało się!!! Już niedaleko mety przeżyłem chwilę strachu, gdyż nie oznakowane zejście do doliny było zupełnie niewidoczne. Szukałem go 20 minut aż dogonił mnie kolejny Francuz, cholera. Wreszcie zobaczyłem jakichś turystów, których spytałem o drogę.

Schodząc po ponad 500 schodach, wykutych w czerwonej i różowej skale, czułem ogromne wzruszenie – byłem blisko mety, w tak pięknym i historycznym miejscu. Szedłem najszybciej jak mogłem w kanionie pełnym wykutych w skale świątyń, domów, grobowców, kanałów nawadniających, obok amfiteatru również wykutego w skale, mijałem turystów, wielbłądy, osiołki i ich właścicieli kuszących usługą podwiezienia do mety… Francuz był wyraźnie w gorszym stanie, więc bez skrupułów uciekłem jak najdalej.

Wszedłem na linię mety naprawdę szczęśliwy – a jednak możliwe jest pokonanie takiego dystansu. Organizatorzy trochę jakby zdziwieni moim przybyciem, pewnie zmęczeni całodobowym czuwaniem, zdobyli się na uśmiech i gratulacje – otrzymałem pamiątkowy medal i ze łzami w oczach odjechałem do pobliskiego hotelu.

1 miejsce – Marco Olmo, Włochy 20h19′


9 miejsce – Artur Kurek, 26h12′ Stefan na mecie, fot. Stefan Stefański
12 miejsce – Stefan Stefański, 26h45′

Adventure Racing

DSC04071Pierwszy rajd w Polsce:

Salomon Trophy 1999, Jura Krakowsko-Częstochowska – wielkie święto biegaczy na orientację z okolic Krakowa. Nie wiedziałem wtedy nawet, że istnieje taka dyscyplina sportowa jak bieg na orientację.

Namówił mnie na ten rajd Stefan Stefański. Dzięki niemu liznąłem fantastycznego sportu i się w nim zakochałem. Stefan doskonale znał Jurę, a ja tylko biegłem. Drugiego dnia już tylko szliśmy bo moje nogi odmówiły współpracy – kolano spuchło i nie chciało się zginać. Po raz pierwszy spotkali się tam rajdowcy, którzy przez kilka kolejnych lat rozwijali ten sport w Polsce.

ps. fotki z innych wyścigów Adventure Trophy, organizowanych przez Romana Trzmielewskiego.

DSC03738

Motywacja

Czasami bywa, że jesteśmy zagubieni, nie wiemy co dalej i dlaczego… Brakuje nam motywacji do dalszego treningu.

Wiele lat już startuję i trenuję, miałem kilka razy chwile zwątpienia w sens treningu. Oto kilka moich przemyśleń na temat motywacji – może komuś pomoże:

  1. Najważniejsze to określenie celu (długoterminowy/krótkoterminowy), wszystko jedno jaki, ale ma być. Celem może być poprawa albo utrzymanie zdrowia, zawody, wynik, trening jako samodoskonalenie.
  2. Obecnie dobrym motywatorem jest rozpowszechnienie informacji o swoich planach – wielu z nas lubi być podziwianymi, stąd tak popularny rozwój mediów społecznościowych – wykorzystajmy to: głupio będzie odpuścić kiedy wszyscy na nas liczą i nam kibicują.
  3. Zwracaj uwagę na siebie – nie na innych, to ty będziesz coś robił i sam się z tego rozliczysz. Naprawdę szczery będziesz przed samym sobą. Na tyle będziesz dobry, na ile potwierdzisz wobec siebie, że dałeś z siebie tyle ile mogłeś. Nie koniecznie wszystko, ale dużo, wiele, bardzo dużo… Życie weryfikuje ile to jest dużo. Nie zapominaj, że jesteśmy amatorami, mamy rodzinę, zobowiązania i różne ograniczenia. Daj z siebie ile możesz, żyj, ciesz się z tego co osiągnąłeś.
  4. Motywuje: muzyka, film (mnie urzekła historia Dirk’a Hoyt’a na Hawajach), książki, podróże, ale także osiągnięcia innych…
  5. Na koniec najważniejsze wg mnie: sport, trening, sposób życia powinien przynosić radość, niezależnie od wyników. Jeśli nie będziesz szczęśliwy z tym co robisz to trudno osiągać dobre wyniki i pozytywne efekty.

DSC_0520

Powodzenia!

Tomek i Aga

Dziękuję Agnieszka za piękne wspomnienia o Tomku. Czytam sobie, przywołując w pamięci moje podróże i trochę się porównuję do Tomka chociaż dużo mniej zobaczyłem i znacznie niżej się wdrapałem. Super, że ta książka powstała: magisterkowalski.blog historia przerwanej miłości.

Wczoraj ponad 3 godziny jeździłem po okolicznych lasach i polach. Zamyśliłem się. Już dawno tak się nie zdarzyło – zawsze jakiś cel: albo zawody, albo regeneracja. Niby mam już zaplanowane wyścigi na ten rok, ale ostatnio bardziej dla podtrzymania zdrowia się ruszam niż trenuję. Przez tą książkę jakoś sentymentalnie patrzę na świat.

 

Ale tętno na podjeździe zacne zaliczyłem!

rower 2 kwasowiec 2016

 

 

Góry, moje góry…

Wczoraj w radio usłyszałem, że współczesny człowiek potrzebuje się “nabać” dlatego, że obecnie niewiele mamy tego typu bodźców na co dzień. To stwierdzenie skłoniło mnie do refleksji o tym czy ja też potrzebuję się “nabać”. Kiedyś możliwe, że poszukiwałem tego typu wrażeń w górach. Teraz górami się zachwycam i z radością w nie wracam. Różne cele tym powrotom przyświecają: wakacje z córką, trening, wspinaczka, zawody, spacer. Przypomniałem sobie książkę Janusza Klarnera o pierwszej polskiej wyprawie na szczyt Nanda Devi East (7434 m npm) w 1939 r. Miałem okazję zobaczyć tę górę na własne oczy – fotka poniżej (dziękuję Kryzy za błyskawiczny kurs topografii Himalajów Garhwalu). Łatwiej mi zacytować kilka zdań z tej książki niż wyrazić to moimi słowami. Trafne niesłychanie:

cropped-58580006.jpg

„… W góry ciągnie ten, komu podziwianie piękna surowej natury w bezpośredniej z nią styczności daje głębokie przeżycia…”

„… Dlaczego nie cofamy się… Wynika to z potrzeby, może trochę z nałogu, ale na pewno nie z wyrozumowania. Każdym z nas kierują inne motywy…”

Niżej Dolomity, fotka z tegorocznego wypadu na snowboard z Zosią.

dolimity 2016 mgly

 

Herbata

Jest super! Po raz kolejny przypomniałem sobie jak smakuje herbata.
Irek Waluga namówił mnie na wspólny start w zawodach Adventure Racing na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej (http://www.rajd.vajra.org.pl/index.php/trasy/extrim). Zawody fajne, szkoda, że ze względu na niewielką ilość śniegu nie odbył się etap narciarski.
lampak himalaje - artur
Zmarznięci, zmęczeni, ale szczęśliwi wygraliśmy zawody. Po drodze sporo sobie pogadaliśmy i… przede wszystkim piliśmy herbatę.
Czułem ciepło, smak, zapach herbaty. Zawsze w takich momentach wspominam wyprawę wspinaczkową w góry Tien-Szan w Kirgizji. Po jednej z akcji górskich, po przejściu ogromnej 800-metrowej ściany lodowej, po zimnej nocy na grani i wreszcie po szczęśliwym zjeździe na lodowiec przyjaciele przybiegli z herbatą. Niebo w gębie na całe życie. Dziękuję Kryzy za ten gest.